>>II: W śmierć jak w sen...<<
czwartek, 5 maja 2011 || 17:20:33

Tak tak, sama oczom nie wierzę :) Pewnie warsztat trochę usiadł, ale.. Niektóre rzeczy musiały być wypowiedziane.
Dziękuję wszystkim za minione lata, dziękuję za każdą dobrą myśl.
Tym razem czytamy od góry do dołu, po kolei. Gdyby ktoś miał chęć odświeżyć sobie pierwszą część, zapraszam tu.


Nie podoba mi się ten sposób edycji notki, nie nadążam za blogowym progresem - będzie pochylone, nie wiem dlaczego. Mimo wszystko mam nadzieję, że nie wpłynie na odczuwaną jakość... Szkoda, że nie mogę użyć swoich pochyleń, zawsze je lubiłam. Okej, zamykam się.


Ku chwale i na pohybel!
_____________________________________________
Lenart wiedział, że tacy jak on nie zasługują na wiele. A już na pewno nie na szacunek.
Ciało nieznajomego bezwładnie opadło na bruk.
Mężczyzna nie zastanawiał się, dlaczego potrzebuje zabijania. Wiedział tylko, że tylko śmierć – nieistotne, czy przypadkowa, czy zlecona przez mocodawców – jest w stanie wyciszyć ten szczególny stan ciężkiej melancholii, który napadał go co raz częściej. A może to śmierć działała jak narkotyk? Im dłużej powstrzymywał się od mordowania, tym głębiej sięgała pustka. Ale ta chwila, ten jeden moment, podczas którego mógł pozbawić kogoś życia wypełniała go harmonią, spokojem, ciszą. Uśmiechał się.
I natychmiast smutniał.
Dopóki znów nie trafiał się przechodzień.
Lenart pogłaskał blond czuprynę najnowszej ofiary. Taki młody chłopiec. Mugol. Na pewno miał plany, perspektywy, marzenia... Kałuża krwi powiększała się, ale nie ruszał się z miejsca. I tak zaraz wróci do swojego świata, a tak to chociaż sobie popatrzy.
Zielone, szkliste oczy wpatrywały się w wieczność.
*
-Nie mogę tak dłużej. Nie potrafię.
Reinmar ukrył twarz w dłoniach. Silene westchnęła ciężko.
Od kiedy poroniła już nic nie było takie samo. Wcześniej miała wizję, jak będzie wyglądać ich życie. Wszystko sobie ułożyła, a sny jej w tym pomogły. Ale teraz, gdy potomek Dragana i demonów snu był już tylko pretekstem dla kolejnego kurhanu, wszystko wyglądało inaczej. Przestała sypiać, przestała śnić.
Patrzyła na martwe odbicie w zwierciadle, które kiedyś zwiastowało szczęście. Zawsze się tam pojawiał, kiedy tylko mógł, pytał o ich zdrowie... A ona tęskniła, przeklinała szklaną powierzchnię, która nie mogła ich połączyć, a jednocześnie stanowiła jedyną możliwą formę w miarę częstej komunikacji... No tak, kiedyś przynajmniej potrafili rozmawiać. Teraz miała go na wyciągnięcie ręki i wcale nie chciała dotykać. Teraz nie było już nic.
-Od jak dawna nie możesz zasnąć?
Jakbyś nie wiedział, prychnęła w myśli. Nie odpowiedziała.
-Wiem, nie mów. Wiem.
Zasępił się. Zazwyczaj i tak ostre rysy nabrały jeszcze bardziej surowego wyrazu. Nie było w tym jednak dawnego dostojeństwa, tylko chłodna determinacja. Twarz mężczyzny jak nigdy przypominała obleczoną skórą czaszkę.
-Poczekaj na mnie – poprosił, całując delikatnie w policzek. Silene przymknęła oczy. Niezobowiązujący, ciepły dotyk ust koił, zatrzymywał chwilę i obiecywał, że tak, że wszystko się jakoś ułoży. Jak za dawnych, dobrych czasów.
*
Reinmar przemierzał korytarze Sacrum pospiesznym krokiem. Wiedział, czego chce. Wystarczyło, że patrzył w twarz Silene i też wiedział, co musi zrobić.
Ale kiedy jej nie było… kiedy obraz twarzy ukochanej mógł widzieć tylko oczami wyobraźni, a rzeczywistość w pałacu królewskim wyglądała zupełnie inaczej – nie był już taki pewien.
Rzadko przyznawał się sam przed sobą, ale aktualnie zajmowana pozycja bardzo mu odpowiadała. Był wciąż dyrektorem, od pewnego czasu królewskim małżonkiem. Panował nad dwoma najpotężniejszymi organizacjami w kraju. Służył Polsce. A i Ludmiła… nie była złą kobietą. Właściwie lubił ją bardzo, bardzo mocno. Przyzwyczaił się. Wiedziała o Silene i nigdy nie powiedziała słowa skargi, chociaż widział, jak często musiała udawać. Patrzyła przez palce, gdy nie wracał na noc. Bo zawsze, prędzej czy później, wracał…
Zatrzasnął drzwi gabinetu i usiadł w miękkim fotelu. Analizował.
*
Silene bezmyślnie wpatrywała się w drzwi mieszkania.
Nie wiedziała co myśleć i czuć, więc nie myślała i nie czuła nic. Kiedyś zrobiłaby wszystko, by móc mieć Reinmara blisko i tylko, tylko dla siebie. Przeklinała Polskę, przeklinała cały magiczny świat, że tak bardzo go potrzebował… Była dumna, że chociaż niewielka część jego może być przy niej – ale im częściej był, tym bardziej go pragnęła. Widziała w jego oczach, tych smutnych, ciemnych oczach, że i on mógłby zrobić wiele, by być przy nich…przy niej dłużej, niż mógł w istocie.
Co raz częściej myślała jednak, ile w tym jest rzeczywistej niemożności, a ile tego, że po prostu nie chce przy niej być. Mogła się tylko domyślać, jak bardzo nieznośna musiała się stać po stracie dziecka. Dlaczego miałby chcieć wracać do wiecznie skrzywionej i marudzącej dziewczyny, z którą właściwie już nic go nie łączy? Dziwiła mu się. Ostatnimi czasy nie mogła wytrzymać sama ze sobą, a co dopiero on – w świecie magii taki ważny, taki potrzebny. Dlaczego wciąż wracał, dlaczego był przy niej, skoro wcale nie chciał?
Zasłoniła zwierciadło. Nie miała sił, by znów w nie patrzeć. Patrzeć i czekać.
*
Służę Polsce, tłumaczył sobie. Tak musi być.
Nagle poczuł dziwny ciężar w klatce piersiowej. Odetchnął głęboko, ale ucisk nie ustępował. Nic złego nie mogło stać się jego organizmowi – dzięki domieszce smoczej krwi żaden z członków jego rodu nigdy nie zapadł na żadną chorobę. Podejrzewał więc, że niezrozumiały ból musi mieć inną przyczynę.
Rozszerzył oczy, zaskoczony. To takie proste, uzmysłowił sobie. Może nie to, co muszę zrobić, ale to, dlaczego tak się dzieje…
Powstrzymał się, by nie dopaść najbliższego portalu zdolnego przenieść go do komnat pałacu. Zmusił się, by siedzieć i myśleć, ułożyć argumenty i przekonać samego siebie, że to najsłuszniejsza droga.
Od zawsze wiedział, co musi zrobić.
*
Silene zastanowiło, czy w ogóle chce, żeby wracał.
Jedna część duszy krzyczała: „głupia!”, stawiając przed oczami obraz tych wielu szczęśliwych, choć kradzionych chwil, jakie dane im było przeżyć razem. Ale co raz częściej słyszała głos zwątpienia, który beztroskie wizje przesłaniał widokiem dnia codziennego – szarego, pozbawionego najmniejszej perspektywy zmiany. Wstawała z łóżka, ubierała się, jadła śniadanie. Wychodziła z mieszkania w mugolski świat, o ile pogoda dopisywała. Jeśli nie, zostawała w domu i uczyła się zaklęć, których i tak nie będzie mogła wykorzystać nigdzie indziej niż poza własną kuchnią. Robiła obiad i…uczyła się zaklęć. Kładła do łóżka, starając przywołać sen.
I co chwilę patrzyła w zwierciadło, czy aby Reinmar nie chce się z nią skontaktować. Czasami milczał przez trzy noce, a gdy było ich dłużej – traciła rachubę.
I postanowiła przestać patrzeć się w kierunku zwierciadła. Wciąż nie mogła zasnąć.
*
Mijał dzień za dniem, a Silene przestała je liczyć. Kiedy ostatnio Reinmar dawał znak życia? Tydzień temu? Miesiąc?
Bywały chwile, w których chciała potłuc zwierciadło na milion drobnych kawałeczków. Ale następowały zazwyczaj wtedy, gdy nie miała siły nawet odwrócić ku niemu głowy. Pierś podnosiła się płytko i rzadko, tylko tyle, by podtrzymać życie. To, którego już nie chciała.
Mógłby nie wracać, przemknęło jej przez głowę. Była cieniem samej siebie, nieznośnym powidokiem dawnej osoby, którego szczerze nienawidziła. Czasem zastanawiało ją, skąd wzięła siłę, by targnąć się na swoje życie wtedy, gdy odkryła że poniekąd przez nią otworzyła się Szczelina? Pamiętała, że po prostu wzięła szkło i przecięła przedramiona, a wraz z krwią wypływał wszelki strach. Była szczęśliwa. Dotychczasowe życie i tak nie sprawiało jej radości.
Ale pojawił się Reinmar… i ją ocalił. Przywrócił światu, nauczył jak żyć. Był przy niej zawsze, gdy tego potrzebowała. Nigdy, przenigdy nie zawiódł.
To naturalne, że go pokochała. Aż do tej chwili nie mogła sobie wyobrazić, co byłoby gdyby sprawy potoczyły się inaczej. Pewnie dalej byłoby tak samo. Przeciętne życie nie do końca przeciętnej nastolatki. Walka o każdy dzień i cicha nadzieja, że sen zabierze ją i zostanie tam, by nie być zmuszoną rozwierać powieki i patrzeć na ten chory od niesprawiedliwości świat.
Wydawało jej się, że pogodziła się z myślą niezmiennych szarości i czerni. Że nic już jej nie spotka, bo nie chce dłużej znosić tego bólu, więc wszelkiego szczęścia też może się wyrzec. Ale nie była nieśmiertelna, ten ból musi kiedyś ustać. Może wkrótce. Może za rok, dwa lata. Może dwadzieścia czy pięćdziesiąt. Ustanie.
- Silene?
Ciche brzmienie głosu rozeszło się po pokoju, a dziewczyna odniosła wrażenie, że pęka jej serce. Z trudem zmusiła ciało, by obróciło się w kierunku zwierciadła. Zmartwiona twarz Reinmara zamajaczyła w półmroku i widziała swoje oczy na półprzezroczystej tafli. Kiedyś przeraziłby ją pusty wzrok, jakim obdarzała mężczyznę. Dziś nie obchodziło jej nic.
- Jak się czujesz? – zapytał nieśmiało.
Nie odpowiedziała. Westchnęła ciężko.
- Trzymasz się? – nie ustępował.
W milczeniu pokręciła głową.
Był czas, kiedy robiła wszystko, by nie widział ją w nostalgicznym stanie. Ale ten czas minął i nie dbała już, jak wygląda i co chce do niego mówić. Z dawnych nawyków został jej tylko cichy opór, bierne: nie patrz na mnie.
- Jeśli będziesz chciała porozmawiać, przybędę do ciebie. Na miarę… możliwości czasowych.
- Dopóki nie będziesz miał możliwości czasowych, nie będziemy rozmawiać. Wszystko już zostało powiedziane.
Reinmar patrzył na nią z rozpaczą. Wiedziała, że zależy mu na jej nastroju, zwłaszcza od kiedy stracili dziecko. A przecież nie mógł cofnąć czasu, zmienić historii…
- Będziemy w kontakcie.
Gdy jego twarz zniknęła ze zwierciadła, Silene prychnęła.
*
To, co działo się z Silene, dotykało również Reinmara. Co raz częściej snuł się korytarzami pałacu, zasępiony i nieobecny lub zatracał w pracy, by nie pokazywać królewskiej rodzinie. Bo tego, jak podle się czuł, nie dało się tak po prostu zamaskować. Jego relacja z dziewczyną trwała już lata, a w tym czasie zadomowił się na dworze i próbował założyć własną. Wprawdzie nie było to do końca intencjonalne, bo gdyby miał wybierać, założyłby rodzinę właśnie z Silene – jednakże splot sytuacji i obowiązków skutkował takim, a nie innym scenariuszem. Nie uważał, że to było złe. Wręcz przeciwnie, bardzo wygodne.
Tylko co raz częściej łapał się na myśli, że obowiązki wobec dworu bywały pretekstem, by nie przebywać z co raz bardziej wyobcowaną Silene. Dziewczyna, która przed laty urzekła go niewinnością i szczerością dziś była pogrążonym w otchłani milczącej rozpaczy cieniem, na który żal było patrzeć. Tak naprawdę nie było w niej nic z dawnej Silene, Silene, którą pokochał.
A Ludmiła to taka wyrozumiała, serdeczna kobieta… Było mu z nią dobrze. Może nie przeżywał tylu skrajnych emocji, co przy Silene, ale właśnie to było mu potrzebne. Spokój. Stabilizacja. Bezpieczna przewidywalność.
Tylko że dziś, patrząc w piękne, martwe oczy swojej dziewczyny poczuł na nowo ciężar odpowiedzialności, jakiego się podjął. Z jednej strony dwór i Sacrum, z drugiej zaś – zagubiona w obcym, pozbawionym magii świecie istota, którą wydarł samej Śmierci. Czyli obowiązki przy spokojnej stabilizacji lub… szkoła życia u boku jednej z niewielu osób, za którą mógłby umrzeć.
Tak często o tym zapominał. To Silene była tą, która przywróciła mu życie po stracie Loretty. Nikt inny, jak tylko ona była mu w stanie przypomnieć, że wciąż ma tyle do zrozumienia, doświadczenia… Tylko przy niej czuł wzloty i upadki, niespotykaną jedność ze światem i poczucie, że jest dokładnie tym, kim od dawna chciał być. Sobą. Bez kompromisów, sztywnej etykiety ról, jakie był zmuszony grać na co dzień.
Bał się, czy wytrzyma takie tempo. Bał się, że dekonstruując dotychczasowe życie, chociaż nie było do końca takie, jakiego pragnął, zabraknie mu sił na stworzenie nowego. Że walka ze światem okaże się zbyt wyczerpująca, by odnaleźć spokój, którego się wyrzeknie.
Siedział w komnacie sypialnej i patrzył na zachodzący księżyc. Ludmiła obróciła się przez sen i mógł widzieć jej twarz.
Taka spokojna, silna kobieta. Poradziłaby sobie. Naturalnie duże oczy, teraz zamknięte, nie raz dawały świadectwo niezachwianej determinacji, która pomagała jej każdego dnia na czele państwa. Poczciwa twarz nabierała wyrazu, gdy królowa podejmowała decyzje.
Gdzieś w głębi duszy Reinmar wiedział, że to nie o to chodzi. Stabilizacja jest ważna, ale można ją osiągnąć za każdym razem. To tylko kwestia odpowiedniego podejścia. Dziś jest mu dobrze w pałacu na stanowisku, w roli ułożonego męża i króla– ale za pewien czas obudzi się i stwierdzi, że niekonieczne obowiązki zabrały mu życie, a wcale nie musiał się na to godzić. Reinmar wiedział, że nie będzie umierał na dworze i to nie Ludmiła będzie go trzymać za rękę. Musiał tylko dojrzeć do tej decyzji. Nie chciał się spieszyć.
Obawiał się tylko, że im dłużej będzie zwlekał z jej realizacją, tym bardziej nie będzie miał do kogo wracać.
*
Silene płakała. To nie było ciche łkanie, na jakie pozwalała sobie dotychczas – ze ściśniętego gardła wydobywał się krzyk najczystszej rozpaczy, głośny manifest straconego czasu. Miała szczęście, że o tej porze na ulicy nie było żywego ducha – ani chybi potraktowaliby ją jak niespełna rozumu.
Chociaż dziewczyna czuła, że dokładnie tak jest. Tylko elementarne braki w głowie mogły wytłumaczyć stan, do jakiego się doprowadziła. Sytuację, która przywiodła ją aż tutaj… Dzisiejszego wieczora bowiem prawda ukazała jej się w całej swej nagiej postaci. Prawda na temat tego, którego tak kochała – kim dla niego jest i jak właściwie ją traktuje.
Dopiero teraz zauważyła, że była zaledwie wygodną zabawką. Nieważne, jak często powtarzał, że jest dla niego ważna i bez niej nie może znaleźć sobie miejsca – za każdym razem i tak zasypiał koło Ludmiły. Kiedyś myślała, że nie ma nikogo innego oprócz Reinmara – i miała rację, ale tylko do pewnego momentu. Tak naprawdę i Reinmar nigdy nie był jej. Zawsze robił to, na co miał aktualnie ochotę. Jeśli chciał być w pałacu, był w pałacu, w szkole, u niej… zawsze i wszędzie był potrzebny więc, swobodnie wybierał sobie miejsca, gdzie najbardziej chce mu się być. Nikt nigdy nie miał prawa mieć pretensji – przecież był taki ważny, taki potrzebny. I od pewnego czasu nie raczył obdarzać zainteresowaniem Silene.
Dziewczyna wiedziała, że przestała być wygodna. Może tęsknił, może o niej myślał, ale to niczego nie mogło już zmienić. Oczyma duszy widziała, jak siedzi wieczorami w swoim gabinecie i patrzy na księżyc, złodzieja snów. Oddycha ciężko i powoli. Cierpi. Ale wstaje znad biurka i wraca do pałacu… do żony.
Głupia, głupia, głupia!...
Już po Wronie obiecywała sobie, że nigdy, przenigdy się nie zakocha. Może właśnie dlatego myślała, że tym razem to coś naprawdę znaczącego, wielkiego… coś, o co się walczy, coś, dla czego można żyć. Wstawać każdego dnia na nowo, z uśmiechem na twarzy. Ale rzeczywistość zadecydowała inaczej – była zwykłą kochanką króla. Faworytą, jak to ładnie się nazywa. I chyba właśnie przestawała nią być.
Łzy spływały po policzku, krzyk bólu tłumiła rękawiczką. Głupia, taka głupia… Widziała, jak Reinmar się miota. Miała nadzieję, że to tylko bierne poddanie się obowiązkom, jakie spadły na niego w życiu, a których niekoniecznie chciał. Już awans na dyrektora był zaskoczeniem, ale przewodzenie Armii, status królewskiego małżonka… Pomagała mu, jak tylko mogła. Słuchała, gdy chciał mówić. Dzieliła ciche cierpienie. Była zawsze wtedy, gdy jej potrzebował, spędziła życie czekając na jego znak.
Tyle lat… tyle lat i zaledwie kilka kradzionych chwil, w których i tak nie miała prawa być bezkompromisowo szczęśliwą. Zawsze uczył ją, że z życia ma się tylko tyle, ile chce się mieć… że nic nie będzie mogło się zmienić, jeśli tylko siedzisz bezczynnie. Wyciągasz rękę i bierzesz, co się da.
To tak nie działa, najmilszy.
Miała już dość ciągłego rozmyślania, bo wiedziała, że to jednostronne. Ona nie miała nic innego do zrobienia poza codziennym czyszczeniem mieszkania z najmniejszego pyłku, nauki zaklęć, które i tak miała już opanowane i samotnych spacerów. A on… mógł zająć swój czas tak, żeby w ogóle o niej nie myśleć. Nie myśleć o opuszczonej, zjadliwej dziewczynie, która już nic nie mogła mu dać.
Nic dziwnego, że wolał wygodne życie w pałacu Ludmiły.
Tak bardzo chciałaby go nienawidzić. Zablokować wszelkie możliwe wejścia z magicznego świata, by już nigdy nie mógł się z nią skontaktować. Nie chciała widzieć jego twarzy, słuchać głosu… czuć, że jest blisko. Nie było go. Zaczynała się przyzwyczajać do tego stanu i nie chciała go zmieniać, dopóki nie zdoła się podnieść z kolan na tyle, by móc spojrzeć sobie w twarz. Czuła się tak, jak gdyby leżała na zgliszczach dotychczasowego świata patrząc na wielką ranę w klatce piersiowej – zbyt głęboką, by nie zwariować z bólu i zbyt płytką, by mogła być śmiertelna. I Ludmiła, stojąca nad nią z triumfalną miną, sypiąca garść soli…
Potrząsnęła głową. Od kiedy nie mogła spać, dziwne wizje nachodziły ją w nieprzewidywalnych momentach. Nie miały już tej mocy co prorocze sny, ale były wystarczająco niepokojące, by pobudzić organizm i wyostrzać zmysły. Wtedy widziała więcej i znacznie lepiej powiązywała ze sobą fakty…
Wiedziała już, co musi zrobić. W pierwszej chwili myślała o zwróceniu zwierciadła do magicznego świata i zamurowaniu kominka, by znacząco utrudnić Reinmarowi skontaktowanie się z nią – ale po chwili przypomniała sobie, że w każdej chwili może przecież dostać się w jakikolwiek inny sposób do świata mugoli i po prostu zapukać do jej drzwi. Nie chciała tego. Nie chciała już nigdy go widzieć. Jego twarz stawała się twarzą Ludmiły, a ona nie mogła spać, bo wiedziała, koło kogo zasypia człowiek, z którym tak mocno związała swoje życie.
Poza tym żyła w mieszkaniu Loretty, jego dawnej miłości. Silene była zdeterminowana, by odejść – ale wiedziała, że nie ma prawa zabierać mu tego miejsca.
Uśmiechnęła się, widząc światło ze wschodu.
*
A więc stało się. Powiedział jej to. Powiedział Ludmile wszystko, co leżało mu na sercu.
Widział, jak żona patrzy na niego z rozszerzonymi oczami i kręci głową z niedowierzaniem. Podejrzewał, że wiedziała o jego relacji z Silene – dziś okazało się, że prawdopodobnie mniej, niż przypuszczał. Jego słowa raniły głęboko i czuł się winny, ale nie potrafił już dłużej tego ukrywać. Nie zrobił tego dla Silene, tylko własnego sumienia.
Twarz królowej zastygła w kamiennym wyrazie. Siedziała sztywna i wyprostowana, nie patrzyła mu w oczy.
- Wyjdź – syknęła, nim zdążył zaprotestować.
Może i tak będzie lepiej. Da jej czas do namysłu.
Bo gdyby była skłonna jemu wybaczyć…
*
To, co wydawało się takim cudownym pomysłem, trudno było zamienić w czyn. Silene musiała znaleźć pracę w tym obcym, nieprzyjaznym świecie mugoli. Zaoszczędzić pieniądze, by nie być zmuszoną wracać lub dać się złapać. Do magicznego nie mogłaby wrócić – odnalazłby ją natychmiast, bo kto, jeśli nie król, ma pod sobą najlepszy wywiad?
Ale tu musiała nauczyć się żyć bez różdżki. Nie zdoła rzucić zaklęcia zapomnienia, gdyby ktoś przyłapał ją na czarowaniu, poza tym zostawiłaby za sobą ślad, który łatwo namierzyliby agenci.
Oczywiście pod warunkiem, że w ogóle byłaby szukana. Ostatnimi czasy dziewczyna wychodziła z założenia, że jej zniknięcie byłoby Reinmarowi bardzo na rękę i nawet gdyby zaczął jej szukać, robiłby to bez większej energii. Tak było prościej dla wszystkich.
Ale gdy uzbiera pieniądze i wsiądzie w którykolwiek z pociągów, zaszyje w jakimś dużym mieście i zacznie żyć jak zwykła mugolka, nie znajdą jej.
Zacisnęła zęby, tłumiąc płacz. Łzy męczyły ją i denerwowały, gasiły motywację…
Przez chwilę myślała, że wszystko będzie w porządku, że będzie szansa, że to się wreszcie ułoży. Dostała list, pełen jadu, wyrzutów i desperacji – królowa zaszczyciła ją swoją uwagą i napisała kilka słów klątwy wiecznego cierpienia. W pierwszej chwili Silene nie mogła wyjść z szoku, żal i strach przeplatały się chaotycznie, uniemożliwiając myślenie. Jednak czytając wiadomość znów i znów, w pewnej chwili zaczęła się śmiać – to, czego życzyła jej Ludmiła, znała stokroć lepiej niż sama królowa. Otchłań rozpaczy, do której ją wysłała, Silene poznała tak dobrze, że mogłaby zostać najlepszym z przewodników. Na dnie tej otchłani wybudowała prawdziwe dominium, którego jest jedyną panią.
Cóż, królowo – mówiła w myśli, pieczołowicie składając list. – Witam w moich skromnych progach.

komentarze [2]

>>III: W śmierć jak w sen...<<
czwartek, 5 maja 2011 || 17:16:11

Ogrom spraw, jaki zjawił się tuż po wyznaniu Reinmara, zaskoczył nawet jego. Nagle wszelkie instytucje, którym przewodził razem z Ludmiłą zaczęły mieć problemy – łącznie z dworem królewskim, zupełnie niespodziewanie nawiedzonym przez daleką rodzinę królowej. Nie mieli innego wyjścia, jak tylko udawać bezkompromisowo zgodne małżeństwo i tłumaczyć się, dlaczego wciąż nie mają potomka.
Nie miał czasu skontaktować się z Silene, chociaż ostatnio często o tym myślał. Było mu źle, gdy jej nie widział, ale… powoli zaczął się przyzwyczajać.
Może tak ma być, pomyślał. Może to wszystko był tylko miraż, powidok życia, jakie mógłbym mieć, gdyby nie Sacrum, dwór… Ludmiła…
Patrzył w zaciętą minę małżonki i wiedział, jak bardzo jest wściekła. Ale z drugiej strony widział, że złość jej mija, że traktuje to jako chwilowy wybryk… Że tak naprawdę jest tylko obrażona i wkrótce mu wybaczy.
Tak, o to Reinmar był dziwnie spokojny. Czasem tylko zadawał sobie pytanie, czy chce, aby było mu wybaczone…
*
Silene odesłała list królowej do Reinmara. Bo właściwie dlaczego miałaby zmierzyć się z tym sama? Obydwoje są winni, w równym stopniu. A wypowiedź Ludmiły wskazywała na to, że najmilszy Reinmar umniejszył swoją rolę w zaistniałej sytuacji. Dziewczyna wywnioskowała, że jej kochanek zrobił z siebie bezwolną, uwiedzioną kukłę, kierowaną prymitywnym instynktem czystego istnienia… Aż zachłysnęła się z zaskoczenia.
Proszę proszę. Wielki Reinmar, królewski małżonek, dowódca Armii, dyrektor Sacrum i zbawiciel całego magicznego świata zrobił z siebie ofiarę.
Silene śmiała się głośno. Właśnie brzydkie kaczątko, dotychczas wzbudzające bardziej litość niż pożądanie, zostało okrzyknięte największą famme fatale czarodziejskiego świata. Uwiodłam króla! Przednie, przednie…
Mała sówka zapukała w okno salonu, zwiastując nadejście nowego wydania prenumerowanej gazety. Gdy „Wieści z Pogranicza”, tygodnik wydawany przez przysacrumową Zdradę wylądowały na podłodze, ptak odfrunął.
Nawet nie musiała podchodzić i podnosić czasopisma. Nagłówek krzyczał: Wizyta rodziny królewskiej zakończona sukcesem! Król Reinmar negocjuje korzystne warunki współpracy międzynarodowej, a pod spodem zdjęcie, on z nią, na tronach, trzymający się za ręce, patrzący głęboko w oczy, i te wiwatujące tłumy poddanych…
Machnęła różdżką, ciężka walizka wytoczyła się spod łóżka.
Silene postanowiła nie tracić już ani minuty.
*
Zmysły ucichły. Nie potrafił już czuć.
Mężczyzna po raz kolejny patrzył za okno, pogrążony w rozmyślaniach. Ludmiła spała spokojnie, tak jak podejrzewał – ostentacyjnie obrażona chodziła zaledwie przez tydzień, a przez ostatni była słodka jak nigdy dotąd. Zachowywała się tak, jak gdyby nigdy nic się nie stało.
Ale on… dusił się. Nie mógł już więcej udawać.
I pomyśleć, że do niedawna miał problem z najprostszym pytaniem: czego chcesz? Teraz wiedział, wiedział z całą mocą. Zobowiązania krępowały go, owszem. Czuł się niewolnikiem własnego życia. Wiedział i czuł przerażenie na myśl, że nie obchodzi go to, co będzie jutro, jeśli to jutro będzie bez Silene. Bez żalu zamieniłby wysokie korytarze, szacunek uczniów i poddanych, by tylko móc leżeć w ciasnym mieszkanku na łóżku z wyłażącymi tu i ówdzie sprężynami, z Silene w ramionach… Nie mógł bez niej. Nie mógł. Była mu życiem.
Ale nie potrafił odwrócić się w kierunku zwierciadła. Czuł, że jeszcze za wcześnie.
*
Silene krytycznie popatrzyła po mieszkaniu. Wszystko gotowe, oceniła. Walizka spakowana, rzeczy Loretty na swoim miejscu dokładnie tak, jakimi je widziała po raz pierwszy. Była z siebie dumna – mieszkanie wyglądało tak, jakim zobaczyła je trzy lata temu. Miała ochotę nawet dołożyć nieco kurzu, by zrobić wrażenie cofniętego czasu.
Spojrzała na różdżkę. Taak, ten jeden element nie będzie pasował do pozostałych, pomyślała, i położyła przy zlewozmywaku. Niech sobie leży. Nie będą mieli szans mnie namierzyć, nawet gdyby chcieli.
Niech nawet nie chcą, błysnęła myśl i znikła. Dziewczyna odetchnęła głęboko. Wzięła walizkę i chwyciła za klamkę.
Bywaj, najmilszy.
*
- Chciałeś mnie widzieć, panie. – Lenart skłonił się głęboko. Kamienna twarz nie zdradzała odrobiny emocji.
Co za człowiek – pomyślał Reinmar i stłumił dreszcz złego przeczucia.
- Lenart.
Agent ukłonił się ponownie.
- Wiem, co zrobiłeś Silene Trockiej.
Mężczyzna uśmiechnął się kącikiem ust.
- Nie Silene, panie.
Król wciągnął głośno powietrze. Co za tupet, pomyślał. Ale zauważył, że akurat ten sługa nie wpisuje się w żaden znany mu schemat. Śmiał się niespodziewanie, znikał na całe miesiące i wracał, jak gdyby nigdy nic. Mężczyzna słyszał pogłoski, jak gdyby nawet zdarzyło mu się zlikwidować nie tego, kogo trzeba.
- Powiedz mi, dlaczego?
- Taka praca. – Agent obojętnie wzruszył ramionami.
- Jak?
- Stymulowany wypadek, tak naprawdę zioła.
- Wiesz, że mógłbym cię zabić?
- Nie mógłbyś, chociaż bardzo tego pragniesz.
- Nie przypominam sobie, żebyśmy przechodzili na ty.
- To nieistotne, królu.
Reinmar nie mógł uwierzyć własnym uszom. Ta groteskowa wymiana zdań dotyczyła jego dziecka! Najlepszy agent dworu dostał rozkaz zlikwidowania potomka jego i Silene…
- Ludmiła?
- Uroki służby królewskiej krwi.
Mężczyzna poczuł, jak gdyby krew zamieniła się w kryształki lodu. Zimne, kaleczące przy każdym ruchu igiełki wypełniały jego wnętrze, nie dając nadziei na ukojenie.
- Ale… dlaczego? Przecież pozwoliła mi prowadzić własne życie! I tak robiłem możliwie najmniej, by nie kolidowało z obowiązkami na dworze!
Lenart ponownie wzruszył ramionami. No tak, pomyślał Reinmar. Przecież to nie musi go obchodzić w najmniejszym stopniu. Był bardzo sumiennym, psychopatycznym mordercą na usługach jego szlachetnej małżonki.
- Bogowie, którym służę, domagają się krwi – oznajmił agent, wpatrując się w królewskiego małżonka przenikliwym wzrokiem.
- Wyglądasz tak, jakbyś sam był sobie bogiem. Wiem, kim lubisz być, gdy przechodzisz Granicę do mugolskiego świata.
Młodzieniec uśmiechnął się bardzo szeroko. Szczerym, ufnym uśmiechem dziecka.
- Jestem w stanie umożliwić ci pobyt w mugolskich szeregach, byś mógł manipulować nimi ile tylko zapragniesz.
Lenart nie odezwał się. Usiadł na miejscu wskazanym przez Reinmara. Iskierki radości tliły się w oczach agenta.
- Będziesz mógł robić wszystko, nikt nie zdoła cię wykryć. Zresztą, sam wiesz. Jesteś najlepszy, jeśli sam tego nie zechcesz, nie wykryją cię,
- Naprawdę mógłbyś sprawić, bym mógł przebywać między mugolami dłużej niż dobę?
- Dlaczego pytasz, Lenarcie? Przecież wiesz.
Mina na twarzy młodzieńca przygasła niego.
- Wiem, że mieszkanie Silene jest w istocie magiczne.
- Mylisz się. – Reinmar po raz pierwszy od początku dziwnego spotkania odważył się na grymas podobny do uśmiechu. – Jest w pełni mugolskie. Jedyne, co w nim magiczne, to próg i zwierciadło, dzięki którym mogłem kontaktować się z… nią.
Nie wiedział dlaczego, imię ukochanej nie chciało przejść mu przez gardło. Z satysfakcją zauważył, że dotychczas nieprzejednane oblicze agenta zasnuwa się cieniem niebezpiecznego zaintrygowania.
Dobrze wiedział, czym grozi dopuszczenie tego potwora w ludzkiej skórze do mugolskiego świata. Lenart lubował się w klasycznych zbrodniach - sztyletowaniu, podtruwaniu – wszystkim, co pozwalało patrzeć ofierze w oczy i widzieć, jak wydziera jej życie. W świecie czarodziejów nie było to możliwe – każde dziecko uczyło się przeciwzaklęć przed podobnymi zakusami, które oczywiście tłumaczone były jako zapobieganie typowym wypadkom domowym we wczesnym dzieciństwie.
Nic jednak nie przeszkadzało mu w tym, by umieścić Lenarta wśród mugoli i nasłać na niego lokalne władze. A Reinmar wiedział, że młodzieniec nie oprze się pokusie.
- Co mam zrobić? – agent oblizał drżące usta.
Król uśmiechnął się szczerze.
- Zabij mnie.
Rozpromieniona twarz agenta jak nigdy dotąd przypominała słodką, chłopięcą buzię. Zaraz jednak spochmurniał. I rozpromienił się znów.
- W jaki sposób pragniesz zginąć, panie?
- Jesteś profesjonalistą. Zrób to tak, by uwierzył ci cały świat Sacrum. Jeśli masz takie życzenie, możemy zabić się wzajemnie. Ty wymyślisz jak to zrobimy, a ja zadbam o to, by żaden z magów nie wpadł na nasz trop. Będziemy zwykłymi, stuprocentowymi ludźmi. Mugolami.
Lenart zwilżył wargi.
- Możesz na mnie liczyć, panie. Udaj się na spoczynek, a ja odwiedzę cię, gdy nadejdzie czas.
*
Reinmar umarł. Tak wolała myśleć, by móc pogodzić się z jego stratą.
Przemierzała ulice Kalisza niespiesznym krokiem. Żegnała się z kamieniczkami, które podziwiali, restauracjami, w których lubili jadać. Po raz ostatni stąpała po brukach, po których szli razem…
Płakała, płakała przy nim i w jego ramionach, gdy widzieli się po raz ostatni. Wiedziała, że odtąd wszystko będzie go przypominać, chociaż zostanie sama. Dlatego lepiej jej było wyobrażać sobie, jak płonie stos pogrzebowy i kamienie kurhanu przykrywają jego prochy.
Na wszelki wypadek napisała mu parę słów. Pogratulowała, że odnalazł się w małżeństwie i zastrzegła, żeby jej nie szukał. W przypływie emocji wspomniała też coś o sposobie, w jaki traktował ją ostatnimi czasy, opisała go jednak szczerym życzeniem zdrowia i szczęścia z daleka od niej.
Właściwie od zawsze miała elementarny problem z poczuciem tożsamości. Czuła się sobą, gdy była potrzebna, nigdy zaś nie zastanawiała się, kim jest sama dla siebie. Dotychczas granicą jej świata były ciepłe ramiona Reinmara, teraz…
Teraz po prostu szła przed siebie, wychudzona i bezbronna, walizka z lichym dobytkiem nie ciążyła zbytnio. Sprzedała biżuterię i ukryła pieniądze.
To kiedyś się skończy. Wszystko się kończy – powtarzała sobie, starając oddychać głęboko.
Zapomnisz. Odetniesz od wszystkiego i zregenerujesz.
A on nie żyje i nic go nie wskrzesi.
*
W ferworze przygotowań do sfingowania własnej śmierci Reinmar niemal zapomniał, by uporządkować wszystko, zanim odejdzie. Szczęśliwie testament spisał jeszcze przed Bitwą, więc podział majątku miał praktycznie zapewniony.
Obiecał Ludmile potomka… ale próbowali, próbowali wielokrotnie. Ściśle z zaleceniami magomedyków. Z kimś musiało być coś nie do końca zdrowego… ale Reinmar udowodnił, że jest w stanie stworzyć nowe życie. Ale królowa…
Cóż, może to coś z krwią. Jest władczynią, ma pod sobą wielu ludzi i znakomite koneksje. Jeszcze zdoła znaleźć kogoś, kto zapewni ciągłość rodowi królewskiemu. No i bratanek króla też doczekał się gromadki…
O sukcesję tronu polskiego był spokojny.
A Ludmiła jako kobieta… wiedział, że jest silna. Wiedział, że jest też do niego przywiązana w stopniu równym lub nawet większym niż on sam – jednak widział w tym więcej zaborczego uzależnienia niż mocnej więzi. Nigdy nie wiedział, czy ceni go bardziej jako Tybalda Spesiusza, czy jednak mężczyznę u jej boku. Potomka smoków, zasłużonego dla kraju, a więc – dobrą partię. Gdyby to był ktokolwiek inny o równym statusie, pewnie dokładnie tak samo zachowywałaby się. Dumna, wiecznie dumna.
Czuł się swoją własną maską. Wyimaginowaną tożsamością, którą musi zakładać jak szatę, by przyzwoicie było pokazać się drugiemu człowiekowi. Przy Silene nigdy nie musiał grać.
I pomyśleć, że zastanawiał się nad pozostaniem w pałacu!...
Liczył minuty do rozpoczęcia nowego życia. Czasem wspominał to, kim był zanim poznał Silene – i uśmiechał się do tych myśli, mimo wszystko. Pamiętał, jak nie wierzył w nic, a już najbardziej w to, że od czasu śmierci Loretty będzie w stanie poczuć cokolwiek.
A dziś? Wolałby umrzeć niż żyć bez Silene. Nawet jeśli miałaby już zawsze być tym, kim jest teraz- zgryźliwa, wyprana z emocji, bezwolna, pogrążona w najczarniejszych myślach. Oczywiście nie życzył jej tego i wiedział, że do tego nie dopuści. Przy nim już nigdy nie będzie smutna.
Czym prędzej nakreślił portal przenoszący do jednym z miejsc za Granicą. Nie mógł już użyć zwierciadła ani progu – zbyt łatwo można byłoby go namierzyć i prędzej czy później Ludmiła mogłaby zacząć podejrzewać, że ta śmierć rzeczywiście nie była przypadkowa. Teraz musiał być szczególnie ostrożny.
Wpadnie do mieszkania tylko na chwilę, obiecywał sobie. Wejdę i powiem, żeby poczekała jeszcze parę dni. Już wkrótce…
- Panie?
Do gabinetu weszła profesor Gawrońska. Reinmara zastanowiło, dlaczego nie zwróciła się do niego po imieniu, jak zazwyczaj?
- Lenart? – dyrektor nie wierzył własnym oczom. Gawrońska uśmiechnęła się kącikiem ust i Reinmar był już pewien.
- Nie wybieraj się nigdzie, mój panie. Umrzesz dzisiejszego wieczora na oczach całej szkoły.
Mężczyzna skinął poważnie głową.
*
Nadjeżdżał pociąg, a Silene pomyślała, że właściwie na jedno wyszłoby, gdyby czekała na niego, leżąc na torach.
To takie żałosne, powtarzała sobie. On nie żyje. Umarł. Nie masz za kim rozpaczać. A skoro można postąpić krok wprzód, niech chociaż będzie to schodek wagonu, nie skraj szyn.
Kostrzyn? Może być.
Pociąg zahamował z przeraźliwym zgrzytem, a Silene skrzywiła się z bólu. Dobrze, że nie będzie musiała wchodzić drugi raz do tej piekielnej maszyny.
Pospiesznie wsiadła do wagonu i zajęła miejsce możliwie najbardziej przy oknie. Pasażerowie omietli ją obojętnym wzrokiem i powrócili do wcześniej wykonywanych czynności – czytania gazety, szydełkowania…
Wszyscy bez różdżek – zauważyła, mimowolnie przyglądając się ludziom. – Wszystko robione własnoręcznie. Niesamowite.
Uśmiechnęła się delikatnie do odbicia w szybie. Lokomotywa sapnęła i ruszyła powoli, peron Kalisza znikał w oddali.
Silene wyobraziła sobie, jak kładzie białą różę na kurhanie ukochanego. Po chwili zaś odwraca się na pięcie i dobrowolnie zanurza w mroku.
*
Reinmar postanowił nie czekać bezczynnie do wieczora. Stwierdził, że lepiej będzie przygotować dziewczynę na ewentualną wieść o jego śmierci, która mogłaby go wyprzedzić. Mężczyzna nie wyobrażał sobie, co mogłaby zrobić, gdyby dowiedziała się o zabójstwie tutaj, z dala od magicznego świata i źródła jakichkolwiek wieści bezpośrednich.
- Silene? – zagadnął nieśmiało Reinmar, pukając w drzwi mieszkania. – Jesteś tam? Muszę powiedzieć ci… coś ważnego…
Nacisnął klamkę i wślizgnął do środka. Zauważył pościelone łóżko, zasłonięte zwierciadło, meble kuchenne, na których nie było już potraw… i różdżkę.
- Silene! – krzyknął i poczuł, jak wnętrze wypełnia mu chłód złego przeczucia.
Dobrze wiedział, że na nic jego wołania. Mieszkanie było na tyle malutkie, że można było je zmierzyć spojrzeniem bez specjalnego obrócenia głowy.
Rzucił się w kierunku szafy. Kilka starych wrzecion wypadło przy jej otwieraniu… tak poza nimi była całkiem pusta. Uklęknął i spojrzał pod łóżko.
Błagam, nie, to niemożliwe, nie teraz…
Walizki nie było. Zamiast niej znalazł pieczołowicie poskładany papier. Jedną kartkę wyrwaną z Grimuaru.

„Widziałam ostatni numer Wieści z Pogranicza. Widzę, że jesteście cudownie dobraną i zgraną królewską parą, gratulacje! To tak rzadko się zdarza w historii wysokich rodów. A więc moja rola w tej farsie właśnie dobiegła końca… powiedz, kiedy miałeś zamiar mi powiedzieć? Kiedy zajdzie w ciążę? To właściwie nieistotne, kiedy mógłbyś mi powiedzieć. Ból byłby ten sam, jaki jest teraz. A jest nieznośny. Mogłabym umrzeć i naprawdę, bardzo mocno tego chcę. Ale drugi raz się nie zdobędę. Tych tysiąc bezcelowych dni, które na mnie czekają  to moja kara.


Nie powinieneś tego czytać. Mam nadzieję, że nie znajdziesz tego listu, kto wie, może zabiorę go ze sobą? Nie. Chcę go zamknąć tu, w przeszłości. Nie szukaj mnie, nie będziemy się kontaktować. Nie należę już do Twojego świata – nigdy nie było w nim dla mnie miejsca.


Pozostańmy dla siebie, jakimi byliśmy wtedy, gdy nie mogliśmy być przy sobie – umarli.


Na zawsze, a więc już wcale niedługo TWOJA


S.”


Reinmar ukrył twarz w roztrzęsionych dłoniach.

komentarze [0]

>>IV: ...lecz jeśli umrę, sam na sam ze światem cię zostawię.<<
czwartek, 5 maja 2011 || 17:09:42

Nieważne, jak mocno Silene pragnęła myśleć o czymkolwiek innym, obraz ukochanego wciąż pojawiał się pod powiekami. Był jak cień, jak niechciany przechodzień na długo naświetlanym zdjęciu, które zostanie bezpowrotnie zepsute. Powoli zaczęła oswajać się z myślą, że tak już pozostanie, nie inaczej… Że cokolwiek zrobi, on będzie przy niej. Wciąż będzie robiła rzeczy tylko dla niego, tak, żeby mógł…
Przestań. On nie żyje.
Dziewczyna brała głęboki oddech za każdym razem, gdy tęsknota przybierała formę fizycznego bólu. Wciśnięta w staromodny gorset nie mogła zgiąć kręgosłupa i przybrać embrionalnej formy, jak to miała w zwyczaju. Gdyby się uparła mogłaby podciągnąć kolana pod brodę, ale nie wiedziała, jak zareagują na to mugole.
Wiedziała, że czeka ją nowe życie i powinna wykorzystać je jak najlepiej potrafi. Kłopot polegał na tym, że wcale tego nie chciała. Nie interesowało ją, jak funkcjonują niemagiczni ludzie, czy zdołają ją zaakceptować i czy sama przyzwyczai się szybko. Miała gdzieś to, dokąd zmierza ten pociąg. Chciała tylko jechać i patrzeć na szybko zmieniający się krajobraz za oknem.
Silene była świadoma, że ból minie, jak mija wszystko. Zabierze miłość, wyblakną wspomnienia. Na to tylko trzeba czasu.
Nie miała ochoty nawet żyć przez ten czas. Chciała tylko zasnąć i obudzić się, gdy zapomni…
*
Szok po odebraniu wiadomości zastąpił wzbierający gniew. Jak to, po tylu latach zrywa tak po prostu, listownie? Spakowała się i wyszła? Tylko tyle dla niej znaczyło tych kilka cudownych chwil, które dane im było spędzić razem?
Nagle naszła go myśl, że wcale nie musi umierać, przynajmniej nie dziś. Porozmawia z Lenartem i przeniesie akcję parę dni… lub odwoła. Wiedział jedno – musi zasnąć i obudzić się znów, by nie popełnić błędu podejmowania decyzji pod wpływem emocji.
Nie przejmując się możliwością wykrycia, aktywował próg i przeszedł przezeń, bezpośrednio wchodząc do pałacowej sypialni.
*
Silene nie przejmowała się już mugolami. Słońce zaszło, równomierny stukot kół pociągu uśpił niemal cały przedział. Dziewczyna przysunęła kolana do brody i przytuliła głowę do szyby. Twarz, wykrzywiona grymasem niewyobrażalnego bólu, mogłaby przestraszyć niejednego człowieka. Ale nie łkała, nie miała już łez. Gdy krzyk wzbierał w gardle, tłumiła go w fałdach spódnicy.
Bogowie, dlaczego… dlaczego?!
Kara za wadliwą wolę – pojawiła się odpowiedź w jej głowie. A więc sumienie nie umarło w niej całkiem, jak widać postanowiło aktywować się z całą mocą. – Możesz uciekać przed całym światem, ale przed samą sobą nigdy ci się nie uda.
Czy miłość to coś, nad czym można panować, kierunkować wedle woli? – zapytała siebie i uśmiechnęła przez łzy. – Oczywiście, że nie. To magia starsza i głębsza, by można było pojąć ją bodaj całym istnieniem. To miłość wybiera nas, przypadkowo i bezlitośnie. Gdy się odwróci, odziera z tożsamości, zostawia lichy cień tego, kim byliśmy, zanim nam jej nie zabrakło.
Kocham cię, Reinmar. Kocham całą sobą.
Przykro mi, że umarłeś. Tak bardzo mi przykro…
*
Czytał słowa Silene raz za razem, próbując konstruować odpowiedź. Nie do końca wiedział, co konkretnie chce jej powiedzieć. Z jednej strony szanował tę wolę i wiedział, czym była spowodowana… Jednak czuł ukłucie żalu, że nie poczekała. Był już tak blisko, był pewien, że ten wieczór będzie chwilą jego odejścia, a świt nowego życia spędzi z dziewczyną w ramionach.
Teraz jednak niczego nie był pewien. Co najgorsze był świadom, że najgorzej boli urażona duma. Jak to, zerwała? Listownie?!
Postanowił napisać o wszystkim, co go dotknęło. Pisał, że współdzieli ból i dotychczas była jedyną kobietą przez którą czuł, że może się otworzyć… rozumiała jego emocje jak nikt inny na świecie. Cóż, najwidoczniej przestała rozumieć.
Machnięciem różdżki zaadresował kopertę, na której miejsce pobytu nadawcy generowało się samoistnie na miarę zmierzania do celu. Sowę zamienił na gołębia – zawsze to mniej podejrzany posłaniec w świecie mugoli.
Gdy ptak odleciał, Reinmar natychmiast pożałował napisanych słów.
*
Silene z niedowierzaniem wpatrywała się w linijki listu. Nie pisał o niczym konkretnym, ot, parę słów niekłamanego wyrzutu, że to wszystko skończyło się tak nagle i poprzez listy. Widziała, jak wielki ma do niej żal, parokrotnie nawet odniosła wrażenie, że próbuje grać jej na ambicji i emocjach, przerzucając winę i  deprecjonując… Pomyślałaby, że to rzeczywiście koniec, gdyby nie wyzierająca spomiędzy strof rozpaczliwa, niewypowiedziana na głos prośba o rozmowę w cztery oczy.
Być może nie było to najszczęśliwsza decyzja i dziewczyna zastanawiała się, czy nie będzie jej żałować – ale gdyby tego nie zrobiła, emocje rozsadziłyby ją od środka. Myśl o Reinmarze jako umarłym nie pomagała tak skutecznie, jak myślała, że będzie.
Napisała, kiedy dojeżdża na stację docelową. Powiedziała, że tam mogą się zobaczyć i porozmawiać, ale jeśli go tam nie zastanie – straci jedyną okazję.
Przez chwilę nawet poskutkowało. Oddech uspokoił się, serce przestało bić tak szaleńczo… Nie na długo jednak. Nie mogła nie dopuszczać do siebie myśli – a jeśli jednak nie stawi się na umówione spotkanie?
Cóż, na pewno nie będzie gorzej. Ale wiedziała jedno – kolejnej dawki podobnego bólu na pewno nie przeżyje.
Nie mogła do tego dopuścić.
Ale jeśli nie przyjdzie?...
*
Reinmar spokojnie odłożył na biurko wielokrotnie czytany list.
Zastanawiał się, właściwie dlaczego są do siebie przywiązani tak nieludzko mocnym węzłem? Nie widywali się codziennie. Znali się dobrze, ale przecież nie tak dobrze, jak on z Ludmiłą, przy której siłą rzeczy spędzał całe dnie. A jednak nie mogli bez siebie żyć. Elementarne funkcje organizmu ulegały poważnym zaburzeniom – oddech, ciśnienie krwi, kołatanie serca. Czuł rzecz najgorszą dla czarodzieja – magia wymykała mu się, przestawał nad nią panować. Zbyt wielkie wyładowania energii rozsadzały otoczenie, nawet gdy o nim nie myślał.
Bo nie myślał o tym, co się dzieje w otoczeniu, tylko o Silene. Tak intensywnie, że nie mógł skupić się na czymkolwiek innym. Nie znosił tego stanu. Musiał coś wreszcie z tym zrobić.
Właściwie to nie wiedział, czy pojawi się w umówionym miejscu. Ale w tym momencie uzmysłowił sobie, jak bardzo dotychczasowe życie przestało mu odpowiadać. Kobieta u boku, którą szanował do momentu, gdy dowiedział się o rozkazie zlikwidowania jego dziecka. Rząd, którym gardzi. Armia w stagnacji. Szkoła, która go nudzi.
Nie.
*
Silene oddychała płytko i tylko zastanawiała się, po co. Chciała zamknąć oczy i słuchać, jak zwalnia, by unieść klatkę piersiową po raz ostatni.
Tylko gdzieś na dnie duszy ta uparta myśl, że może jednak…
Odpisze, że nie da rady się stawić i rzeczywiście lepiej, żeby się nie spotykali. Albo nic nie napisze i nie przyjdzie. Bądź na to gotowa.
Silene uśmiechnęła się smutnie. Nie ma szans.
*
- Lenart. Dlaczego to robisz? Dotychczas wiernie służyłeś mojej… małżonce. A widzę, jaki jesteś. Wcale nie musiałbyś, gdybyś nie chciał. To nie leży w twojej naturze.
- Bo ją kocham – odparł po prostu. – Jest fascynująco silna. Niezłomna. Ale jestem tylko prostym zabójcą i ręki jej nie dostałbym mimo chęci. A jak słusznie zauważyłeś, panie, lubię rzeczy, które mogę mieć.
Reinmar uśmiechnął się kącikiem ust.
- W pewnym sensie bylibyście siebie warci – mruknął. – Kto wie, może i mógłbyś ją pocieszyć po moim odejściu. Ale skoro obiecałem ci mieszkanie wśród mugoli…
Mężczyzna zauważył, jak agent wzdrygnął się nieznacznie. Mam cię, skurwysynie. Miłość do śmierci walczy z pożądaniem do królowej. Męcz się.
Zastanowiło go, co byłoby gdyby został u boku Ludmiły. Psychopata i desperatka najwyższą władzą państwową…
Cóż, bywało gorzej. To już nie moje zmartwienie.
- Od ciebie zależy, czy chcesz iść razem ze mną. Jesteś mózgiem naszej małej operacji. Jestem tylko ciekaw, jakiej nagrody zażądasz, jeśli zdołasz wyrzec się Zewnętrza.
- Śmierci. Nieudawanej. Wskazanej przez ciebie osoby.
Reinmar zastanowił się chwilę. Nie znał żadnego mugola, którego śmierć mogłaby przyczynić się tamtejszemu społeczeństwu.
Zaraz jednak skojarzył prosty fakt.
- W porządku – odparł. – Przypieczętujmy to.
Podali sobie ręce i magiczne więzy oplotły ich złotą poświatą.
- Zabierzesz krew z krwi mojej, syna mego i Silene Trockiej.
Lenart chciał wyrwać rękę z uścisku, jednak Reinmar trzymał go mocno.
- Co to ma znaczyć? – syknął. – To życie już odebrałem! To się nie liczy!
Reinmar parsknął.
- Czyżby? Zabiłeś go na Zewnętrzu. A tam i tu, wytrawny łowco, rządzi zasada równowagi. Nie możesz zabrać życia bez konsekwencji. Wchłaniasz dusze mugoli, to widać. Ale lubisz tylko tych, którzy mają coś na sumieniu. Czysta dusza dziecka uleciała, nawet się przy tobie nie zatrzymując. Cierpi, uwięzione pomiędzy światami i przez to ty też nie zaznasz spokoju, kapłanie nieżycia. Moja stymulowana śmierć wyrówna rachunek.
Złota więź paliła dłonie, Lenart krzyczał.
- Tak! Zgadzam się!
Rzucił się na kolana, oddychając ciężko. Reinmar roztarł nadgarstek.
- Cieszę się, że już wszystko jasne. Interesy z panem to prawdziwa przyjemność. Życzę wszystkiego na nowej drodze życia u boku królewskiej wdowy.
Agent wybuchnął śmiechem. Król spojrzał na niego surowo, niemile zaskoczony reakcją.
- Jesteś jedynym człowiekiem wartym tego, by cię zabić. Gdybyś kiedykolwiek miał ochotę szybciej odejść z tego świata, pamiętaj o mnie, panie. Proszę.
- Nie omieszkam. A teraz chodź na kolację i pokaż, co potrafisz. Dziś poćwiczysz umieranie bez wchłaniania duszy.
*
Silenie nie mogła już dłużej odkładać tych myśli. Co zrobi, jeśli Reinmar rzeczywiście nie przyjdzie? Ani na czas, ani nawet wtedy, gdy poczeka na niego, bo może się zgubił, może się spóźni, może…
Cóż, będzie tak, jak miało być. Tylko znów, akurat ta konkretna stacja od samego początku będzie się jej źle kojarzyć – w takim wypadku poczeka na następny, który wywiezie ją jeszcze dalej.
A jeśli nie będzie potrafiła się odnaleźć w nowej rzeczywistości? Pieniądze skończą się szybko, jeśli nie znajdzie żadnej pracy. Nie miała żadnych doświadczeń z mugolskim sposobem zarabiania pieniędzy. Zastanowiło ją, co mogłaby robić?
Książki, przypomniała sobie. Znała się na książkach, które nie różnią się od magicznych zbyt wiele, co więcej – istnieje relatywnie małe prawdopodobieństwo, że któraś może ją ugryźć. A więc księgarnia lub antykwariat. Silene uśmiechnęła się słabo. Może nie będzie tak źle…
Nie odpisał. Nie odpisał.
*
Słowa dziewczyny dźwięczały mu w głowie i wciąż nie mógł wyzbyć się poczucia zdrady. Tak jej ufał… tyle jej dał, niemal co dzień narażał całe swoje dotychczasowe życie. Czuł się zraniony bardziej niż w chwili, gdy odkrył rzeczywistą winę zaborczej małżonki w sprawie zabójstwa dziecka. Nie wiedział, że to w ogóle będzie możliwe – ale jednak.
Zdradziła go.
Ale mimo wszystko miał dosyć pałacowego życia. Właściwie miał dosyć życia w ogóle, ale stwierdził, że jeżeli skończy tutaj, gdziekolwiek na Zewnątrz i tak będzie zupełnie inaczej.
Wiedział, że skoro tylko uda mu się stąd wydostać, zamieszka wśród mugoli.
Bez Silene.
*
W końcu odpisał.
Że jest wyjątkowa, ale wymaga od niego deklaracji, której się nie podejmie. Że jest świadom bólu, który jej sprawił, ale rozmowa do łatwych należeć nie będzie i jeśli jest w stanie z nim porozmawiać – przyjdzie. Ale jeśli liczy na to, że z nią zostanie – nie…
Aż nazbyt dobrze znany grymas wykrzywił umęczoną twarz dziewczyny. Nie miała sił, by płakać, ale jej organizm uparcie targał spazmami, uniemożliwiając oddech.
Zatrzymaj się, serce - błagała. Na próżno.
Nie chciała takiego świata. Ale nie byłaby sobą, gdyby nie dała sobie szansy zobaczenia go ponownie. Chociaż ten jeden, ostatni raz…
*
- Włosek poproszę – Lenart wyciągnął rękę. Zakneblowany więzień rozszerzył oczy z przerażenia. Jęknął cicho, gdy agent wyszarpnął mu kosmyk. – Jak widzisz, jegomość jest do ciebie niezwykle podobny. A będzie jeszcze bardziej.
Wywar zabulgotał.
- I już? – zdziwił się Reinmar. – Eliksir wielosokowy?
Młodzieniec prychnął.
- Pan mnie obraża, królu. To specjalny wywar… fakt, oparty o wielosokowy, ale o zupełnie zmienionym działaniu. Gdy tamten go wypije, stanie się tobą. Ale nie będzie miał tylko twojej twarzy. Ciało, głos, wszystko przemieni się w ciebie. Rzecz jasna trudno byłoby utrzymać taki stan długo… ale to nie będzie potrzebne. Reszty nie zdradzę, stracisz cały ubaw.
Dyrektor wzdrygnął się z obrzydzenia. Ten ledwo odrośnięty od ziemi chłopczyk bawił się śmiercią jak dzieci zabawkami własnej roboty. Beztrosko. Z szerokim, ufnym uśmiechem.
Lenart brutalnie pociągnął za włosy więźnia i zrywając mu knebel, wlał zawartość chochli. Reinmar z fascynacją obserwował, jak mężczyzna zmienia się, ramiona odkształcają, nos wydłuża… chwilę później widział samego siebie, przerażonego i zdezorientowanego.
Idiotycznie wyglądam, przemknęło mu przez głowę.
- Wypadałoby, gdybyście się zamienili szatami, panowie – polecił Lenart, celując różdżką w fałszywego króla. – Imperio.
Więzień posłusznie pozbywał się łachmanów. Reinmar z niejakim ociąganiem sięgał do klamer swoich szat.
- Wiem, że czas nagli. Ale gdy pomyślę, że ściągam je ostatni raz…
Agent zachichotał.
*
Czasem nawet czuła się lepiej. Snuła plany co do nowego życia. Gdzie pójdzie pracować, jakie mieszkanie uda jej się znaleźć. A może zwykły pokój? A może pozwolą jej zamieszkać w miejscu pracy?
Zaraz jednak łzy napływały do oczu. Właśnie wtedy uzmysławiała sobie, że cokolwiek zrobi, i tak nie pozbędzie się myśli o Reinmarze.
Czy tego chce czy nie, zawsze będzie przy niej. Na duszy dnie.
Dziś pamięć o nim zdawała się wbitym w serce nożem, który gdy tylko wyjąć, natychmiast spowoduje śmierć. Ale gdy zostawić, boli przez całe życie…
*
- Zacznijmy przedstawienie. To co, ofiaro, ciesz się! Nie dość, że na pięć minut przed śmiercią poznałeś bohatera narodowego, to jeszcze umierasz jako on. Jesteś dyrektorem i królem, podoba ci się?
Twarz Reinmara uśmiechnęła się błogo.
- Lenart, zlituj się. Widziałeś, żebym kiedykolwiek się tak uśmiechał?!
Agent wyszczerzył zęby. Na twarz ofiary przywołał wszystkim doskonale znany, poważny wyraz twarzy dyrektora.
- Zajmij miejsce w pierwszym rzędzie. Wolałbym, żeby patrzyli na to uczniowie, może znalazłbym sobie następcę… ale skoro tylko grono pedagogiczne, twoja wola. Patrz i podziwiaj.
Widział, jak zniewolony zaklęciem więzień o jego twarzy zajmuje miejsce u szczytu stołu. Obojętnie przysuwa półmiski, nakłada potrawy… Profesor Gawrońska próbowała coś do niego zagadać, ale zbył ją machnięciem ręki.
- To nie było miłe.
- Nie było. Ale i tak zaraz umrzesz.
Reinmar nie mógł powstrzymać uśmiechu. A potem stanął w płomieniach.
Widział, jak ciało zastyga w bezruchu, a on krzyczy wniebogłosy. Zgromadzeni nauczyciele podrywają się z krzeseł, każdym możliwym zaklęciem próbując ugasić płomienie. Jednak im mocniej starali się go ugasić, tym bardziej płonął.
Krzyk ustał, a niewielkie pomieszczenie wypełnił smród palonego ciała.
- I tak oto kończy Tybald Spesiusz Reinmar, ostatni potomek Dragana, królewski małżonek i dyrektor Sacrum. – Zaanonsował Lenart, teatralnym gestem wskazując rozgrywającą się scenę.
Reinmar milczał.
A potem uśmiechnął się kącikiem ust.
- Dziękuję, Lenarcie.
- Cała przyjemność po mojej stronie.
Były dyrektor omiótł zgromadzonych spojrzeniem, po raz ostatni patrząc na groteskę własnej śmierci. Wyprostował się i powoli skierował ku drzwiom korytarzy wewnętrznych. Krużganki, z których obserwowali zdarzenie, w każdej chwili mogły wypełnić się pałacowymi strażnikami.
- Panie mój?
- Tak? – Reinmar odwrócił się na pięcie.
- Zaraz tamten dokona żywota, a ty… pamiętaj mnie, proszę.
- Nie musisz. Bywaj.
Błysnęło i zniknął.
*
Właściwie to nie muszę wysiadać na umówionej stacji, pomyślała Silene. Pojadę dalej. Dla mnie i tak wszystko jedno.
Nie. Nie po tym wszystkim, co się wydarzyło. Jeśli nawet zostanie sama, nigdy nie mogłaby ze sobą wytrzymać, gdyby nie była pewna wykorzystania wszystkich możliwości.
Nie dla odzyskania szczęścia, bo ono zawsze było względne. Robiła to tylko dla siebie.
Wyglądnęła za okno. Tak, to już tu.
*
Reinmar zmierzał na stację niespiesznym krokiem. Wszystko, czego był świadkiem ostatnimi czasy odcisnęło na nim piętno tak głębokie, że niewiele mogło go już zdziwić. Był pewien, że Silene nigdy nie będzie w stanie tego zrozumieć. Nie po tym, czego dowód dała w ostatnim liście.
Skoro chce się rozstać, umożliwi to. Szanował jej wolę i nie będzie zatrzymywał. Chciał tylko zapytać… o co, tak naprawdę?
Starał się nawet o tym myśleć. Jedyne co czuł, to potworne, nieludzkie zmęczenie. Czasem miał wrażenie, jak gdyby to rzeczywiście on leżał spopielony w małej jadalni Sacrum, a nie jego sobowtór.
Ukryta wśród drzew, maleńka stacyjka pojawiła się na horyzoncie. Nie mógł użyć magii, by pojawić się tam szybko. Musiał przebyć niemałą odległość na nogach, do czego nie był tak do końca przyzwyczajony. Praca za biurkiem raczej nie sprzyjała pieszym wojażom.
Cóż, najwidoczniej zaliczy parę minut spóźnienia.
*
Ucichłe serce dziewczyny zaczęło bić co raz mocniej i mocniej, z każdym kolejnym przejeżdżanym metrem. Wreszcie pociąg zatrzymał się, skrzypiąc głośno. Wypadła na stację.
Zupełnie pustą.
Oddychaj, Silene. Spokojnie. Dałaś mu pół godziny, dokładnie tyle, za ile będzie następny. A jeśli go nie będzie…
Cóż, zwiniesz się z bólu i nie wybaczysz do końca życia, że jednym, głupim listem zniszczyłaś dwa życia. A może więcej?
Ale kiedyś wstaniesz w nowy świt i stwierdzisz, że mężczyzna, który zdołał obrazić się za jeden głupi list nie jest w istocie tym, którego znałaś. A już na pewno nie tym, na którego warto czekać.
Straconego czasu nikt nie wróci, ale można zadbać o to, by nie tracić już ani chwili.
Póki co jednak czekała. Minuty płynęły, a jego nie było…
*
Widział, że Silene czeka. Wahał się, czy podejść.
Głowa dziewczyny opadła powoli na pierś. Ramiona trzęsły się delikatnie. Z płaczu, zimna, może obydwu tych czynników.
Jej drobna postać, kurcze włosy, łagodny profil…
W jednym momencie wróciło każde, najmniejsze wspomnienie. Chwila, gdy wpadli na siebie w bibliotece. Każda jej wizyta w jego gabinecie. I ten dziwny skurcz w klatce piersiowej za każdym razem, gdy widział ją z Wrońskim.
Chciał podbiec do niej i przytulić, ale nie mógł się ruszyć. Stał niczym sparaliżowany zaklęciem, bojąc się uczynić bodaj krok w kierunku ukochanej.
To takie głupie, przemknęło mu przez głowę. Zorientował się, że wcale go zdradziła, chciała tylko oddać mu wolność…
Problem w tym, że już nie chciał takiej wolności.
- Silene! – zawołał, a postać na ławeczce poruszyła się gwałtownie.
Spojrzała na niego zapłakanymi, wystraszonymi oczami. Niczym sarna w potrzasku… Reinmar przestraszył się tych oczu. Zgasł dawny blask mądrości i zrozumienia. Widział w nich błaganie o śmierć.
- Najmilsza moja – zaczął, siadając koło niej.
Dziewczyna odsunęła się natychmiast i odwróciła głowę.
- Nie dotykaj mnie – wyszeptała, a mężczyzna czuł, jak pęka mu serce.
Nie mógł zdobyć się na cokolwiek więcej jak tylko utrzymanie takiej pozycji, jaką przyjął. Nie przychodziło mu do głowy nic, co mógłby jeszcze zrobić.
Pociąg zajechał na stację. Ludzie, którzy wyszli z niego, mijali ich obojętnie, zatopieni we własnych rozmyślaniach. Konduktor wyszedł, zagwizdał…
Maszyna rozpędzała się powoli, by zaraz zniknąć im z oczu. Reinmar wypuścił powoli powietrze.
- Zostałaś.
- Przyszedłeś.
Spojrzeli sobie w oczy. Patrzyli tak bardzo, bardzo długo, jak gdyby starając się wniknąć do wewnątrz drugiej osoby.
Każde z nich uzmysłowiło sobie, że znając się długo, nie znają prawie wcale. Sporadyczne spotkania, niezobowiązujące rozmowy… dwa zupełnie osobne życia, pełne obowiązków i spraw, przeplatane epizodami cudownie wolnej, nieprzymuszonej woli wspólnego spędzania czasu.
Każde z nich uzmysłowiło sobie, że być może to wcale nie tak, jak mu się wydaje, że to jeden, wielki błąd, że może jest kompletnie inną osobą niż ta, którą zna.
Każde z nich uzmysłowiło sobie, że to w zasadzie nieistotne.
I z niejakim przerażeniem uzmysłowili sobie oboje, że nie mogą bez siebie żyć.
Reinmar uśmiechnął się kącikiem ust. Oczy Silene jak nigdy dotąd przypominały bliźniacze gwiazdy na czarnym, bezchmurnym niebie.


KONIEC


komentarze [1]





SACRUM
I . II . III. IV. V. VI. VII. VIII. IX. X. XI. XII. XIII. XIV. XVI. XVII. XVIII. XIX. XX. XXI. XXII. XXIII. XXIV. XXV. XXVI. XXVII. XXVIII. XXIX. XXX.

EPILOG: Wrona || Galin I II || ...

W śmierć jak w sen...
I II III IV


Jesteś już Gościem od 26 listopada 2005r.

Inne historie: 23/24 VI; Kropla błękitu.